Książka listopada: Lucyna Olejniczak - Opiekunka, czyli Ameryka widziana z fotela

by - niedziela, listopada 05, 2017



Dzisiaj przedstawię... połowę książki. Dlaczego tylko połowę? Pomyślicie: "Aha, pewnie sama nie przeczytała!" Zapewniam, że przeczytałam całą! Nie jest gruba, można poradzić sobie z nią w jeden wieczór. Ale:
Po przeczytaniu części pierwszej - zrobiłam sobie przerwę. Chciałam, przemyśleć, przeanalizować, porównać i dopiero wtedy jechałam dalej. Często tak mam, że przerywam czytanie jakiejś książki, która zrobiła na mnie wrażenie. Bo przeczytać, odhaczyć i zapomnieć jest najprościej, tylko czy wtedy w ogóle warto czytać?

Czyżby dzisiejsza lektura była tak porywająca? Jest ciekawa. Dobrze się czyta.  A człowiekowi, mającemu doświadczenie w opiece - stają przed oczami różne sytuacje i osoby z własnego życia. I tak sobie trzeba trochę podumać...

Postawiła wszystko na jedną kartę. Rzuciła pracę, a córkę i syna powierzyła opiece matki. Wyruszyła za ocean z mocnym postanowieniem stworzenia dzieciom spokojnego, bezpiecznego domu z dala od ich ojca alkoholika. Złośliwy los postanowił jednak z niej zakpić i pokrzyżował znaczną część planów. Ale czy tak naprawdę wyszła z tej lekcji życia przegrana?

Tak pisze wydawca: Czarno na Białym.

O czym jest książka?


O kobiecie, która w latach 80-tych wyjechała z siermiężnej, szarej i smutnej, kolejkowej Polski do kolorowej, uśmiechniętej Ameryki, w której spełniają się marzenia. Emigracja "za pracą" była jedyną możliwością, jaką widziała Lucy, aby zapewnić dzieciom lepszą przyszłość. W kraju - mało płatna praca, mąż alkoholik - nie rokowało to dobrze.
Lucy momentami wydaje się naiwna, momentami wyrachowana. Ale tak naprawdę - to dobra, otwarta, inteligentna kobieta. Opiekuje się starszymi osobami, a większość Czytelników bloga wie, co to za praca. Nie boi się wyzwań. Nie poddaje i szuka rozwiązań nawet wtedy, gdy sytuacja ją przerasta. Nie zna języka - ale zdaje sobie sprawę, że bez tego dalsza praca jest niemożliwa i każdą wolną chwile wykorzystuje na naukę. Nie zna ludzi (oprócz koleżanki, która tę pracę jej załatwiła) - i stęskniona towarzystwa rodaków wplątuje się w niekoniecznie bezpieczne znajomości. Nie ma prawa jazdy, które dałoby jej więcej wolności - tu też znajduje wyjście z sytuacji.  Jej wiza kończy się, ale ona podejmuje ryzyko pozostania w Stanach, nawet za cenę deportacji. W kraju, gdzie rządzi pieniądz i nie ma miejsca na sentymenty i odruchy serca - potrafi "stanąć na głowie" dla dobra swoich podopiecznych.

Ewa ostrzegała mnie, ze nie należy się zbytnio przywiązywać do podopiecznych, bo oni szybko umierają. Ale to nie jest takie proste, gdy się z kimś żyło pod jednym dachem przez dziewięć miesięcy.


Jednak to książka nie tylko o pracy Polki na obczyźnie. To także książka o starości. O samotności osób, o które już nikt nie dba, a jeżeli - to tylko z nadzieją na spadek.
Poznajemy dwie Amerykanki, każda z nich jest inna i o pracy u każdej z nich opowiada autorka w dwóch częściach swojej książki.
Pierwsza - to Linda. Staruszka z demencją i wszystkimi dziwnymi/śmiesznymi/groźnymi sytuacjami z tym związanymi. W tej części poznamy też tytułowy fotel, który staje się symbolem ograniczenia wolności opiekunki, bo to w nim spędza większość czasu, patrząc na świat przez okno, marząc o wyjściu na świeże powietrze, obserwując wiewiórki, które w Ameryce nie są wcale rude, jak powinny, tylko szare.

Lucy udaje się nawiązać bliższe relacje ze swoją podopieczną, zdobyć jej zaufanie. Może dlatego, że świetnie radzi sobie w sytuacjach, z pozoru nie do opanowania?

Ale babcia stała jak wmurowana przy fotelu, rzucając coraz bardziej rozpaczliwe spojrzenia w moim kierunku.
- A co teraz mam zrobić? - zawołała w końcu, zdenerwowana.
- Wysuń prawą nogę przed siebie - widziałam, że to nie żarty. Ona naprawdę zapomniała jak się chodzi.
- Wysunęłam i dalej nie idę! - była już bliska paniki.
- To teraz wysuń lewą nogę i postaw ją przed prawą, a potem zrób to samo z lewą. Zawsze trzeba stawiać jedną nogę przed drugą - mówiąc to, miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś absurdalnym przedstawieniu.
- Idę! Idę! Idę! - wykrzykiwała uszczęśliwiona Linda, wpatrując się w swoje nogi.
Wysuwała je przed siebie sztywnymi ruchami jak drewniana kukła.
- Jesteś bardzo dzielna - przywitałam ją ciepło w kuchni, gdy już tam wreszcie wmaszerowała defiladowym krokiem.


Zmienia jednak pracę i tu zaczyna się część druga książki. Kolejną podopieczną jest Hazel - ale więcej nie napiszę. Tylko tyle, że tam jest całkiem inaczej, nie obeszło się bez kłopotów, ale były też pozytywne momenty!

A na koniec polecam świetną metodę Lucy radzenia sobie z problemami: wyjście z siebie i stanięcie obok. O co chodzi? Przeczytajcie w książce! :)


                                                  


Linki do książki są linkami afiliacyjnymi.

ZOBACZ TAKŻE:

0 komentarze